Obowiązkowe pamiątkowe zdjęcia na szczycie Jebel Toubkal

Nasz pierwszy czterotysięcznik, czyli Jebel Toubkal

Na początku 2018 roku układaliśmy grafik szkoleniowo – wyjazdowy i wpadliśmy na pomysł, aby przedłużyć wyjazd na warsztaty wspinaczkowe do Maroko o kilka dni. Chcieliśmy przeznaczyć kilka dni na realizację prywatnych planów. I tak się zastanawialiśmy… może pojedziemy na pustynię? Przecież nas tam jeszcze nie było? A może pojedziemy w rejon Agadiru? Tam też są rejony wspinaczkowe zobaczymy, co mają do zaoferowania? Hmmmm… Mamy tylko trzy dni…

Obóz wspinaczkowy z Akademią Wspinania climb2change

Nagle, Pola rzuciła hasło: chodźmy na Toubkal! Ooooo! No przecież! Jest to blisko Marrakeszu i w trzy dni się wyrobimy! Podjęliśmy decyzję: Toubkal… 4167m n.p.m. To będzie nasz pierwszy czterotysięcznik. Zanurzyliśmy się w otchłań Internetu i rozpoczęliśmy poszukiwania informacji o tym szczycie. Kilka miesięcy później – 15.12.2018 Stanęliśmy na dachu gór Atlas.

Jakie napotkaliśmy trudności, jakie były warunki podczas zdobywania tego szczytu, jakie są nasze odczucia i spostrzeżenia – o tym w dzisiejszym opowiadaniu.

Na wędrówkę na nasz pierwszy czterotysięcznik, czyli Jebel Toubkal udajemy się w piątek rano. Ruszamy z Marrakeszu. Pakujemy plecaki i wsiadamy do taksówki. To najszybszy i najwygodniejszy sposób dotarcia do wioski Imlil. Stamtąd rozpoczyna się trekking do schroniska pod Toubkalem. Odległość z Marrakeszu do Imlil to około 65 km. Początkowo jedziemy szerokimi ulicami miasta, później przez kilka małych miasteczek i wiosek. Po około godzinie jazdy droga zaczęła się zwężać i ostrymi zakrętami stopniowo piąć pod górę. Zaczął też siąpić deszcz… Wedle prognoz pogody miało być słonecznie… Na szczęście im wyżej, tym było pogodniej! J

climb2change na facebook

Do wioski Imlil dojeżdżamy w 1,5 godz. Imlil leży na wysokości 1700 m n.p.m.! W wiosce można się zaopatrzyć w sprzęt potrzebny do wejścia na Toubkal. My mamy wszystko ze sobą, więc nie tracąc czasu udajemy się w dalszą drogę. W tym dniu musimy pokonać kolejne 1500 m przewyższenia. Schronisko górskie, do którego chcemy dojść, wybudowane jest na wysokości 3200 m n.p.m. Atak szczytowy zaplanowaliśmy na następny dzień. Oczywiście pod warunkiem, że pozwoli nam na to nasze samopoczucie. Jeżeli nie, to dopiero na dzień następny.

Mijamy sklepiki oraz wypożyczalnie sprzętu alpinistycznego. Szybko wchodzimy na gruntową drogę prowadzącą do wyżej położonej wioski Aremd. To ostatnia osada leżąca na szlaku naszej wędrówki. Po minięciu wioski i przekroczeniu szerokiego dna wyschniętej rzeki, ścieżka zaczyna piąć się w górę. Prowadzi skalistym zboczem doliny.

Szlak jest monotonny, ale za to malowniczy. Ścieżka dosyć szeroka i wygodna. Można by ją porównać do szlaków w Tatrach zachodnich. Co jakiś czas mijamy punkty, w których można usiąść, odpocząć i popijając przepyszny, świeżo wyciskany sok mandarynkowy podziwiać widoki.  Jako, że nam się specjalnie nie spieszy, to korzystamy z tych atrakcji J.

Droga z Imlil do schroniska Toubkal, bo właśnie w nim się zatrzymujemy, zajęła nam ok. 6 godzin. W schronisku zostawiamy bagaże, zajmujemy przydzielone nam miejsca i bierzemy prysznic. Na kolację dostajemy makaron z frytkami i sosem pomidorowym. Wieczór przeznaczamy na konkretne zaplanowanie drogi wejściowej na szczyt oraz na odpoczynek. Nie będziemy zdobywać szczytu jak większość turystów – drogą normalną, lecz zrobimy trawers wierzchołka. Na szczyt wejdziemy przez północną przełęcz, a zejdziemy przez południową – drogą klasyczną. Droga ma być dłuższa, trudniejsza i rzadko chodzona, za to dająca więcej satysfakcji.

Bardzo pozytywnie zaskoczyło nas schronisko Tubkal, w którym nocowaliśmy. Z reasearchu, który przeprowadziliśmy wynikało, że będzie zimno, wilgotno i brudno. A tu zaskoczenie! Ciepło i przytulnie. Bardzo miła obsługa oraz jak na „marokańskie” warunki naprawdę czysto! Na plus jest również to, że w schronisku obowiązuje zniżka cenowa na podstawie legitymacji członkowskiej Alpenverein.

Zjedliśmy kolację, spakowaliśmy plecaki i udaliśmy się na spoczynek. Nie planujemy mega wczesnej pobudki. Późny wschód słońca (był grudzień), dobra prognoza pogody, brak zagrożenia lawinowego i zaplanowana wspinaczka ścianą, na której nie operowało słońce, upewniły nas w przekonaniu, że nie warto zrywać się z łóżka wcześnie rano. Budziki nastawiamy na 6:30. Rano, po śniadaniu stwierdzamy, że nasze samopoczucie jest w porządku. Pakujemy termosy i jedzenie, zakładamy raki i ruszamy wraz ze wschodem słońca, czyli… o 8 rano J

Nasza grupa liczy 6 osób: nasza dwójka, Adam – uczestnik naszego obozu wspinaczkowego w Todrze, dwójka Czechów oraz Amerykanin. Reszta osób chcących tego dnia zdobyć szczyt, powoli rusza drogą normalną. Aby wejść w naszą drogę we właściwym miejscu, początkowo musimy zejść poniżej schroniska. Po około 300 m skręcamy w prawo, by po przekroczeniu strumienia wejść w „naszą” zachodnią ścianę.

Od samego początku jest stromo. Na szczęście śnieg jest zmrożony, więc nie na tragedii. Nasza droga prowadzi wznoszącym się trawersem w lewo. Omija tym samym podstawę ściany Punta lmlil (3560 m n.p.m.). Po około godzinnym trawersie skręcamy, by wejść w drugi wnoszący się trawers – tym razem w prawo pod skałami szczytu Tibheirine (3887 m n.p.m.).

Trawersem dochodzimy do małego kociołka. Tam nasza droga robi nie nieco mniej stroma, ale jesteśmy zamknięci barierami skalnymi z trzech stron. Znajdujemy się dokładnie pomiędzy szczytami Punta Imlil i Tibheirine, a przed nami znajduje się przeszkoda – ciemne skały szczytu Imouzzer (4010 m n.p.m.).

Z rozmów w schronisku pamiętaliśmy, aby obejść podstawę tych skał po lewej stronie. Tak też robimy. Po zjedzeniu batoników i wypiciu kilku łyków herbaty ruszamy dalej. Znów robi się stromo, więc kijki i czekan są przydatne. Pod ciemnymi skałami skręcamy w lewo i mikstowym śnieżno-skalno-lodowym terenem docieramy do pól śnieżnych. W końcu dotarło do nas słońce i od razu zrobiło się gorąco. Skutkowało to przymusowym postojem w celu zdjęcia kilku warstw odzieży J.

Słońce sprawiło, że śnieg zrobił się miękki i grząski.  Trudniej się w takim poruszać. Na szczęście do przełęczy nie jest daleko. Po 20 minutach stajemy na niej i w końcu możemy podziwiać widoki na szczyty Atlasu po drugiej stronie. Do pokonania pozostał jeszcze ostatni odcinek – wznosząca się nad nami północna grań Toubkala. Po zrobieniu kilku fotek ruszamy dalej.

Śnieżno-skalnym terenem szybko zdobywamy wysokość. Od czasu do czasu musimy jednak przystawać w celu wyrównania oddechu. W końcu to już 4000 m! Ostatnie 200 m drogi na szczyt to już spacerek. Teren bez żadnych trudności technicznych. Na szczyt wchodzimy po 5 godzinach od wyjścia ze schroniska, czyli w czasie, jaki zakładaliśmy.

Jesteśmy na wysokości 4167 m n.p.m. Nasz pierwszy czterotysięcznik, czyli Jebel Toubkal zdobyty! Najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego! Fajnie i dumnie to brzmi! Choć wspinaczka na ten szczyt nie ma jakiś trudności technicznych, to satysfakcja jest ogromna! Gratulujemy sobie i robimy pamiątkowe zdjęcia.

Pogoda jest piękna! Praktycznie bezchmurne niebo, lekki mróz i niemal bezwietrznie.  Wykorzystujemy ta wspaniałe warunki, by trochę się poopalać i poleniuchować na szczycie. Spędzamy na nim całą godzinę! Dopiero, o 14, kiedy zaczęło powiewać chłodem, z żalem decydujemy się na zejście. Zejście południową granią nie sprawia nam żadnych problemów. Po pokonaniu początkowego, eksponowanego fragmentu, dosłownie zbiegamy w dół! Zejście ze szczytu do schroniska zajmuje nam tylko godzinę!

Zgodnie stwierdzamy, że dobrze zrobiliśmy wybierając niestandardową drogę wejścia na Toubkal. Droga klasyczna, pomimo tego, że jest krótsza, wydała nam się brzydsza. W dużej swojej części jest wystawiona na promieniowanie słoneczne. Jest tam mokro, grząsko i gorąco.

W schronisku przebieramy się, pakujemy do plecaka pozostawione rzeczy, jemy i ruszamy w dół – do Imlil. Chcemy zdążyć wrócić do Marrakeszu. 3,5  godzinną wędrówkę kończymy już o zmroku, ale zamówiona na godzinę 17 taksówka jeszcze na nas czeka! Bardzo pozytywnie nas to zaskakuje! O 21 meldujemy się w małym hoteliku w Marrakeszu, a na kolację jemy pyszną pizzę w małej knajpce na Placu Jemaa el-Fna.

Ile zajęło nam wejście na nasz pierwszy czterotysięcznik, czyli Jebel Toubkal?

Cała akcja o „kryptonimie” Toubkal, trwała dwa dni. O godzinie ósmej rano w piątek wyjechaliśmy z Marrakeszu, by w sobotę, po zdobyciu szczytu o godzinie 21 wrócić z powrotem do miasta.

Brak większych trudności technicznych, brak lodowca a tym samym niebezpiecznych szczelin, łatwość dotarcia do schronisk i stosunkowo stabilna pogoda sprawiają, że Toubkal – jako pierwszy czterotysięcznik, wydaje się być idealnym wyborem.

Follow me - link do instagram

Pamiętajcie tylko, że my byliśmy już dość dobrze zaaklimatyzowani. Cały tydzień spędziliśmy w rejonie Todry, na wysokości ponad 1000 metrów nad poziomem morza. Schronisko Toubkal leży na wysokości 3200 metrów, więc przewyższenie może dać się we znaki. Znane są przypadki choroby wysokościowej w tym miejscu. Jeśli planujecie wejście od razu po przylocie – warto zatrzymać się na jedną noc w miejscowości Imlil i zdobywać wysokości o jeden dzień wolniej niż my. Warto też zostawić sobie dzień rezerwowy na cały atak.

Jeśli nie chce wam się targać sprzętu – możecie go wypożyczyć u Hamida Azizi. Ma wypożyczalnię po prawej stronie. Pomógł nam ogarnąć taksówkę powrotną w rozsądnych pieniądzach. Tutaj zdjęcie wizytówki. Pomoże Wam również ogarnąć przewodnika, który od połowy grudnia 2018 roku jest obowiązkowy.

Wizytówka do lokalnego sklepikarza i przewodnika
Wizytówka lokalnego sklepikarza i przewodnika

Zainspirowałem Cię? Daj lajka, inspiruj dalej! Twoja rekomendacja jest dla mnie bardzo ważna!

Wspinanie w Maroko – nasze wrażenia – przeczytaj tutaj KLIK

Dodaj komentarz